Fwd: Bez zbędnych wstępów. I bez zakończenia.
26 lipca 2010, kategoria: Mistrz, Mistrz i Grafomanka, liczba wyświetleń: 381Subject: Fwd: Porady prawne i rozważania metafizyczne
Date: Fri, 30 Jun 2010 20:20:42 +0200
From: Mistrz <miszcz@allarte.pl>
To: Grafomanka <muza_graf@allarte.pl>
Tak… aż się mi rzewnie zrobiło… z sentymentem wspominam te słodkie czasy, początek lat 90. Czasy kiedy miałaś swoje ziemniaczane mityngi z Mistrzem Holoubkiem (Gołąbkiem), czasy, kiedy „Maluch było auto”, a w telewizji Richard Dean Anderson robił coś z niczego. Moja Muzo Najdroższa – widać jednak muzą jesteś, wlewasz w moje serce i w mój umysł ocean uczuć i wspomnień zgoła synestetycznych (a więc, według Kopalińskiego, działających na wyobraźnię niezwykłymi skojarzeniami wrażeń różnych zmysłów), poruszyłaś moją cyniczną i obojętną na wszystko co pospolite konstrukcję psychiczną. Bo wszak wtedy wszystko było tak cudownie pospolite – zbyt duże swetry i wybujała trwała ondulacja. Jak u Schulza, mistrza mojego kolejnego, wszystko wtedy miało skłonność do przerostu, wyradzania się jedno w drugie (zwłaszcza wzorców na powrót otwartego po dziesięcioleciach Zachodu w polskie skromniejszo-realiowe odpowiedniki). Tak to pamiętam. No ale jednak mimo wszystko – najbardziej McGyvera…
Przyznać muszę, że fenomen tego bohatera jest pewnym znaczącym elementem potransformacyjnej rzeczywistości… Wszyscy Polacy jak jeden mąż oglądali tego genialnego majsterkowicza, jak jeszcze dwadzieścia lat wcześniej Colombo, albo Kojacka. Dlaczego? Pewnie dlatego, że idea bohatera, który jest w stanie stworzyć wszystko, co pozwoli mu przetrwać, z niczego, jest szczególnie bliska polskiemu sercu. Przez stulecia opanowywaliśmy przecież tę zdolność do perfekcji. Ewentualnie w drugą stronę również: przerabianie wszystkiego w wysokoprocentowe nic (dlaczego nic? A co to jest litr wódki na dwóch Górali, wedle filozofii księdza Twardowskiego? NIC). Dalego więc polski odbiorca musiał polubić sympatycznego Angusa (bo tak właśnie miał Macgyver na imię – podejrzewam, że większość z jego fanów tego nie wiedziała) – wzruszony do łez jego staraniami, żeby za wszelką cenę uratować świat. A przecież każdy wie, że świat kręci się sam, podczas kiedy bimber sam się nie upędzi (wbrew popularnej nazwie samogonu).
No ale jako Mistrz – a więc ex catedra przecież, nie piszę do Ciebie, żeby rozwodzić się nad technologią produkcji nielegalnego alkoholu etylowego. Oczywiście ta dygresja, ten pokrętny wywód potrzebny jest mi do zbudowania kolejnej nośnej metafory. Metafory Artysty prawdziwego. Żeby ocalić swój autorytet w oczach tych, którzy poczuli się usmażeni niczym komar, który zbytnio zbliżył się do żarówki, moją poprzednią metaforą jedwabnika. Stworzę więc model Artysty-bimbrownika.
Bimbrownik wzorem średniowiecznego alchemika, poszukującego drogi do kamienia filozoficznego, przetwarza elementy zupełnie obojętne, które można znaleźć wszędzie, w najcenniejszy dla niego płyn. Płyn filozoficzny… chociaż tutaj może nieco mnie poniosło… W każdym razie – artysta jest również takim bimbrownikiem, on również musi przetworzyć otaczający go świat materialny w coś zupełnie wyjątkowego i absolutnie przez niego pożądanego: w dzieło sztuki. Na tym właśnie polega sztuka: na rozkradaniu rzeczywistości. A także na gigantycznym oszustwie: artysta musi bowiem oszukać odbiorcę, przekonać go, że dzieło sztuki nie jest tym, na co wygląda (kamieniem, ciągiem liter powiązanych w zdania, akapity, rozdziały, czy też różnokształtnymi i różnobarwnymi plamami na płótnie) ale najprawdziwszą artystyczną rzeczywistością. Tak samo bimbrownik musi przekonać służby mundurowe, że to, co właśnie robi, nie jest tym, na co wygląda… Ale wróćmy do rozkradania – do czerpania z rzeczywistości:
„Nic nie jest oryginalne. Kradnij ze wszystkiego, co wpływa na twoją inspirację lub napędza twoją wyobraźnię. Wchłaniaj stare filmy, nowe filmy, muzykę, książki, obrazy, fotografie, wiersze, sny, przypadkowe rozmowy, architekturę, mosty, znaki drogowe, drzewa, chmury, zbiorniki wodne, światło i cienie. Wybieraj tylko te rzeczy, z których możesz kraść, które przemawiają bezpośrednio do twojej duszy. Jeśli tak zrobisz, twoje prace – i kradzieże – będą autentyczne. Autentyczność jest bezcenna;
oryginalność nie istnieje. I nie zawracaj sobie głowy ukrywaniem swojego złodziejstwa – obnoś się z nim, jeśli masz na to ochotę. W każdym razie zawsze pamiętaj, co powiedział Jean-Luc Godard: „Nie chodzi o to, co skądś zabierasz – chodzi o to, gdzie zabierasz.” Tako rzecze Jim Jarmush.
Jim jest właśnie takim artystą-bimbrownikiem, który przetwarza wszystko, co wpadnie mu w ręce, miesza ze sobą, poddaje artystycznej obróbce i w rezultacie otrzymuje destylat rzeczywistości. Kwintesencję. Jego filmy są właśnie takimi wysokoprocentowymi produktami – wystarczy zafundować sobie dziewięćdziesięciopięciominutowy maraton ze wszystkimi częściami Kawy i papierosów, żeby mieć stuprocentowo pewny zawrót głowy.
Artysta niestety, jak bimbrownik, nie jest obecnie osobą powszechnie szanowaną. Kiedyś było inaczej – jeśli się miało któryś z tych szlachetnych fachów w rękach, miało się wszystko – szacunek sąsiada i sławę (w przypadku pierwszego często pośmiertną, w przypadku drugiego – do pierwszego zgonu klienta). Ale dzisiaj oba te zajęcia się mocno zdewaluowały. Odkąd wódka i kultura są powszechnie dostępne na każdym kroku, odkąd wytwarzane są na skalę przemysłową poprzez młyny szołbiznesu i międzynarodowe koncerny skupiające marki wódki z całego świata, Artysta-bimbrownik musi zejść do podziemia. I nie mam tu na myśli undergroundu, który sam w sobie stał się synonimem ogłupiającej popkultury, ale rzeczywiste ukrycie się przed oczami wścibskich podglądaczy, zazdrosnych nieartystów. I tworzyć – tworzyć na swoje potrzeby, uszlachetniać swoje receptury, doprowadzać swój warsztat do perfekcji. A kiedy będzie się już absolutnie pewnym swojej wyjątkowości i genialności – wyjść z podziemia i walczyć o swoje!
Zalegalizować Śliwowicę Łęcką!
Co mi przypomina stary kawał o bacy:
- Baco, jak wygląda wasz dzień pracy?
- Rano wyprowadzam łowce, wyciągam flaseckę i piję…
- Baco, ten wywiad będą czytać dzieci. Zamiast „flaszka” mówcie „książka”.
- Dobra. Rano wyprowadzam łowce, wyciągam ksiązeckę i cytam. W południe przychodzi Jędrek ze swoją ksiązką i razem ją cytamy. Po południu idziemy do księgarni i kupujemy dwie ksiązecki, które cytamy do wiecora. A wiecorem idziemy do Franka i tam cytamy jego rękopisy…
Całe stado wspomnień i związanych z nimi refleksji przetacza mi się przez głowę – natchnęłaś mnie Muzo moja natchniuzo… duch chętny, żeby pisać dalej, ale ciało mdłe… więc kończę tym razem tak bez puenty… Mam poza tym jeszcze dzisiaj sporo do przeczytania.
Na zdrowie Muzo!
źródła zdjęć:
McGyver: Wikipedia
Jim Jarmush: Wikipedia
Baca: Wikipedia
Komentarzy: 6 do wpisu Fwd: Bez zbędnych wstępów. I bez zakończenia.
Zostaw komentarz
Kategorie
- Felietoniści (50)
- Aleksandra Stolarczyk (1)
- Aneta Bilska (12)
- Beata Wincza (5)
- Dominik Łaciak (1)
- Ewelina Morawska (3)
- Marek Piechocki (3)
- Małgorzata Południak (12)
- Miłosz Bagiński (2)
- Monika Stocka (1)
- Paweł Brzeżek (1)
- Piotr Mosoń (1)
- Łukasz Gamrot (1)
- Łukasz Kołodziej (4)
- Mistrz i Grafomanka (17)
- Grafomanka (9)
- Mistrz (8)
Kalendarz
Najczęściej czytane
- Artysta czy rzemieślnik - wyświetleń: 2 076
- Amatorki dobrej kawy w poszukiwaniu ulgi* - wyświetleń: 1 283
- Fwd: Mistrzuniu! Drogi! - wyświetleń: 1 184
- Grzech zaniechania i kultura masowa - wyświetleń: 1 133
- O krytyce, krytykach i krytykanctwie… - wyświetleń: 1 127


Świetny zapis Mistrzuniu! I oto okazało się, że jestem bimbrownikiem. A w stanie wojennym to mojego szwagra złapali z rurkami. I miał kłopot, dopóki zomowcy nie spróbowali wyrobu. A moich bimbrowych poczynań w podziemnym pisemku nawet smakować nie chcieli (chyba). Więc bimbrownik ze mnie marny (chyba).
Pozdrowienie z podziemnego przejścia.Póki co.
oj były były czasy, że władzy bardziej śmierdział zapach farby drukarskiej niż drożdży, no ale teraz to mamy demokrację, więc wiadomo, że czym więcej ludzie piszą tym lepiej, bo trudniej komukolwiek się w tym połapać. Więc i zagrożenia nie ma. No ale już bez politykierwstwa: dobry bimber, jak dobry utwór obroni się sam. Bez względu na ustrój
Pozdrawiam najserdeczniej i ukłony łączę.
no to miszczu pojechał, że aż w pięty poszło… najwyraźniej jego życiowa działalność nie ogranicza się jedynie do dziedziny literatury, ale także rozwija ją w kierunku organicznej chemii stosowanej. Rozsądnie – pokorne ciele dwie matki ssie. Hej! Baco…
Rękopisy nad wyraz nośne, a bimbrownik po prostu transcendentny!
Angus rulez. Jako wielka fanka, znam nawet okoliczności, w jakich widzom zostało ono (imię owo) przedstawione;) Co do bimbru, to mam w szafeczce flaszeczkę takiego jednego oryginalnego z Krety, w oryginalnej, plasti(y)kowej butelce. Trunek nad wyraz wyborny.
może nas lelevino poczęstujesz?
pewnie i miszcz by z chęcią chlapnął…