Czas niezrównany. O biografii Williama Faulknera

7 października 2010, kategoria: Felietoniści, Miłosz Bagiński, liczba wyświetleń: 4 108

Moja fascynacja Williamem Faulknerem przypominała początkowo tę co w przypadku Hłaski – autorytet postaci z krwi i kości. Więc kiedy wpadły mi w ręce Koniokrady, przeczytałem, elegancko się wysławiając, jednym tchem.


Po Koniokradach nadszedł czas na wiersze, lecz one nie wywarły na mnie, podobnie jak tysiącach czytelników, dobrego wrażenia. Proste, kilku-, kilkunastolinijkowe zaścianki poezji.

W końcu zacząłem się zastanawiać – Koniokrady znam, wierszy po prostu nie chcę, Wściekłość i wrzask dostanę za półdarmo, czego chcieć więcej?… czyjegoś życia? A może jego śladu, wiernie odtworzonego na  papierowej taśmie Jaya Sebringa?

Portret (…) z którego spogląda na nas wielki artysta przeczytałem w omówieniu  z okładki. Doszedłem też do momentu z półcieniami i kontrastem.

Czytając, zagłębiałem się w tekst w każdej chwili, gdy czułem nadciągającą nie-pamięć. Po prostu zaczynałem zdawać sobie sprawę, że wchłonąłem setki wyrazów, a nie pamiętam prawie żadnego. A to za sprawą licznych opisów, pół-recenzji, rozmyślań, które sprawiają, że typowego czytelnika naraża się na dezaprobatę – czytam, jestem pełen podziwu, ale momentami wolałbym położyć przed nosem najzwyklejsze w świecie kalendarium.

Smuci też fakt, że wszystko, co zbudujesz w życiu na podwalinach kłamstw, prędzej czy później zostanie sprostowane przez cudotwórcę z maszynopisem. Bywały chwile, w których żałowałem, że sięgnąłem po Czas niezrównany. Ale nie za sprawą samej budowy książki, jej charakteru, wydźwięku, lecz przez uderzającą w kark myśl, że każdy, kogo ceniłeś, może okazać się kimś zupełnie innym.

Najbardziej zaciekawiły rozmowy z kochankami Faulknera, gdyż tylko one są w stanie oddać sedno postaci – jej obawy, uniesienia, bóle. Ukazują najczystsze oblicze Billa.

Do kolejnych należą wyznania córki pisarza, Jill, którą ojciec kochał nad życie, choć nie należało ono do najprostszych. Jedynej kobiety, której szczęścia nie musiał wiązać z własnym.

Alkoholizm, choroba, nadwerężona psychika. Jednym słowem – cierpienie, z którego nie potrafi się znaleźć wyjścia. A właśnie ono, będące zaczątkiem do jednego z najtrudniejszych elementów prozy amerykańskiej, do twórczości Williama Faulknera, bywa niezbędne.

Jak wspomina autor Czasu…, jej nie da się zrozumieć bez namysłu i po jednorazowym przeczytaniu. Ją trzeba nie tyle poczuć, co pozwolić, by na parę krótkich chwil weszła nam w krew. Do najlżejszych jej przedstawicieli z pewnością należy ostatnia, częściowo autobiograficzna – wspomniane Koniokrady.

Momentami żałuję, że kupiłem, z kolei chwilę później przypominam sobie ostatnie wakacyjne dni, gdy ją kończyłem. Żałuję, bo pojąłem postać, którą traktowałem na równi z ziemskim bogiem, autorytet nad autorytetami. I przykro jest mi również w chwilach, gdy całe życie Faulknera przebiega przed oczami, skryte za pozbawionymi uczucia zdaniami.

Solidna praca popłaca, ale nie zapewnia stworzenia sztuki. Sztuka matką biednych, a ta, jak powszechnie wiadomo, zaprowadzi co najwyżej do własnego odosobnionego świata. I nieważne, czy poświęcimy jej miesiąc czy rok, czy włożymy w nią serce. Ważne, że obumrze w oczach kogoś, kto z jakichś powodów doszukuje się w niej Faulknerowskiej pozy.

Foto: wiliamfaulkner.com

7 października 2010 Felietoniści, Miłosz Bagiński

Komentarzy: 5 do wpisu Czas niezrównany. O biografii Williama Faulknera

  1. no rzesz… Po co czytać biografie. Przecież on jej sobie nie napisał. Co, że pił. Też bym pił jakby się w mojej głowie rodziło coś tak histerycznie przerażającego jak „Wściekłość i wrzask”… albo inaczej jeszcze, gwoli prawdy i ścisłości: też bym pił, gdyby tylko dzięki temu w mojej głowie mogło się coś takiego narodzić.

  2. Karolpedro dnia 7 października 2010
  3. Cześć, Karolpedro.

    Ten artykuł nie jest skierowany przeciwko Williamowi Faulknerowi czy jego twórczości. Bardzo Go cenię jako autora. Ten tekst jest zapisem, a właściwie opisem uczuć, które towarzyszy człowiekowi w momencie, w którym poznaje rzekomą biograficzną prawdę. Jasne, sam Faulkner inaczej opowiedziałby swoje życie i chwała mu za to!
    I tu się zgodzę, W.Faulkner był… JEST wspaniałym artystą.

  4. Miłosz dnia 7 października 2010
  5. zaiste dobrze rzeczesz Miłoszu :)

  6. Karolpedro dnia 13 października 2010
  7. ciekawie

  8. Tadek dnia 17 października 2010
  9. Po co czytać? No właśnie po to, żeby się dowiadywać więcej i nieraz tracić idoli… ;( to smutne, ale prawdziwe. Choć „idol” to może złe określenie. O, mam, a u t o r y t e t. Teraz jest całe mnóstwo idoli.

  10. Spiky dnia 20 października 2010

Zostaw komentarz