Biografie – wielu kupuje, nikt nie czyta
18 października 2010, kategoria: Aneta Bilska, Felietoniści, liczba wyświetleń: 290
Jakoś tak dziwnie się utarło w ostatnim czasie, że wydawana jest cała masa biografii. Oczywiście wszyscy wydawcy zdają sobie sprawę z tego, że mało kto ma ochotę to czytać, chyba, że aktualne wydarzenia społeczne czy polityczne są na tyle porywające, by zainteresować czytającą elitę. W tym miejscu można też się powołać na stwierdzenie wypowiedziane przez Ewana McGregora w „Autorze widmo” – „Nie czytuję wspomnień polityków. Nikt ich nie czyta”.
Facet najwyraźniej ma rację, ale mimo to na każdym kroku słyszymy jak to nie tylko politycy, ale i poszczególni celebryci niezależnie od swojego wieku piszą i z powodzeniem sprzedają swoje autobiografie czy biografie, co zresztą większego znaczenia nie ma. O ile można zrozumieć zainteresowanie biografią celebryta ze strony fanów, o tyle ciężko jest dojść do tego, kogo interesuje biografia polityka, czy kogoś równie nudnego. Chyba, że wystartuje w samotnym maratonie przez Warszawę w stroju Batmana. To już coś. W ostatnim czasie wystarczyłoby wejść do pierwszej lepszej księgarni, żeby trafić na dziesiątki tytułów dotyczących życia Lecha Kaczyńskiego.
Jeśli przyjrzeć się ofercie takiej standardowej księgarni, to na więcej niż sto procent znajdziemy tam co najmniej kilka biografii Jana Pawła II, wspomnianego Lecha Kaczyńskiego, a i bardzo „modna” ostatnio była kontrowersyjna „Kapuściński non-fiction”, no i na koniec koniecznie wspomnienia jakiegoś bardziej lub mniej znanego człowieka, który przeżył II wojnę światową i spędził lata w Auschwitz. Trudno jest znaleźć kogoś, kto przeczytałby jakąkolwiek biografię od deski do deski, bez pomijania co nudniejszych akapitów czy nawet całych rozdziałów. Jest w tym działaniu pewna metoda, bo choćbyśmy nie wiadomo jak się zapierali, że tak nie jest, to i tak będziemy szukać pikantnych szczegółów. A to tu może jakaś scena przemocy, tam jakaś intryga, tu zdrada i zemsta.
Najciekawsze są odczucia jakie budzą biografie dyktatorów, ludzi z gruntu złych, a w których czytamy, że i oni często mieli własne rodziny, a co najmniej byli w związkach z kobietami, co dowodzi, że nie mogli być do końca zepsuci. W czytelniku pojawia się wtedy coś na kształt syndromu sztokholmskiego, kiedy czujemy wobec złej osoby, jakąś niepojętą sympatię. Ale to taka drobna dygresja, zaznaczająca tylko, że czasem szukamy w biografiach też czegoś, co łamałoby jednostronny obraz jakiejś osoby. A ta osoba musi być przede wszystkim w jakiś sposób fascynująca. Do najciekawszych biografii mogą zatem należeć „Historia róży”, „Mata Hari”, czy „Jaśnie panicz”, opisująca Gombrowicza w jego codziennych sytuacjach.
Trudno jest też czasem oprzeć się wrażeniu, że biografie powstają na fali nurtujących wydarzeń. Jeśli jakaś gwiazda pisze o sobie (czy zleca napisanie o sobie komuś), to pewnie po to, żeby zarobić. Na pewno. Trochę to rzuca cień na to, jak czytelnik podchodzi do takiej książki. Co innego, jeśli czytamy o historii zespołu, który lubimy czy ikonie muzyki, kiedy ta już nie żyje. Wszystko też zależy od tego, jak się tę biografię napisze. Co innego, gdy czytelnik ma możliwość poznać czyjąś historię w zbeletryzowanej i automatycznie ciekawszej postaci, a co innego, gdy dostaje przed nos zbiór „suchych” faktów. Styl jaki się wybiera, żeby daną opowieść przedstawić rzutuje na to, czy będzie ciekawie czy nie, niezależnie od tego, czy pokazujemy niezwykle burzliwy życiorys, czy nudną sielankę marnego aktora. Jeśli zaś chodzi o biografie postaci historycznych, to najciekawsze zdecydowanie wydają się być te, które opisują nie tylko samą osobę, ale i kontekst historyczny. Jest to coś, co pozwala się czytelnikowi dowiedzieć więcej. Skutecznym „odstraszaczem” czytelnika od biografii jest nadmiar nazwisk. Ktoś, kto nie orientuje się w temacie, szybko zacznie się gubić, a takie czytanie już do niczego nie prowadzi.
Niezależnie od tego, kto jakie biografie woli wybierać, zastanawiam się, co w nich takiego jest, że jednak zawsze skusimy się na to, żeby taką książkę kupić, czy wypożyczyć. Może to nasza plotkarska natura? Może potrzeba nam trochę ekscytacji, których sami nie mamy, a może chcemy zobaczyć, że ktoś miał gorzej od nas i chcemy się trochę dowartościować.
Komentarzy: 6 do wpisu Biografie – wielu kupuje, nikt nie czyta
Zostaw komentarz
Kategorie
- Felietoniści (53)
- Aleksandra Stolarczyk (1)
- Aneta Bilska (12)
- Beata Wincza (6)
- Dominik Łaciak (1)
- Ewelina Morawska (3)
- Marek Piechocki (3)
- Małgorzata Południak (13)
- Miłosz Bagiński (2)
- Monika Stocka (1)
- Paweł Brzeżek (2)
- Piotr Mosoń (1)
- Łukasz Gamrot (1)
- Łukasz Kołodziej (4)
- Mistrz i Grafomanka (17)
- Grafomanka (9)
- Mistrz (8)
Kalendarz
Najczęściej czytane
- Artysta czy rzemieślnik - wyświetleń: 2 200
- Amatorki dobrej kawy w poszukiwaniu ulgi* - wyświetleń: 1 410
- Grzech zaniechania i kultura masowa - wyświetleń: 1 265
- Fwd: Mistrzuniu! Drogi! - wyświetleń: 1 250
- O krytyce, krytykach i krytykanctwie… - wyświetleń: 1 206
Faktycznie całkiem sporo biografii mniej lub bardziej mieszczących się w ramach gatunku, a już na pewno napływ pozycji nt. życia L.Kaczyńskiego. Bądźmy jednak szczerzy, z czym są one związane? Z powszechnym płaczem i rzekomą chęcią integrowania się z kimś, w czyje losy wdarł się tragizm.
Nie pasuję za to do opisu czytelników Autorki – czytam je od deski do deski, od pierwszego do ostatniego wyrazu, nie pomijając żadnych akapitów, choć nieraz bywa to trudne. Normalne, jedne czyta się lepiej (jak np. „Pięknego dwudziestoletniego…”) inne gorzej („Czas niezrównany”, księga monstrum, dosłownie przeładowana wtrąceniami, ocenami itp.), ale staram się być konsekwetny i jak na razie w tych dążeniach idzie mi nie najgorzej.
Nie czytam biografii. Nie czytam biografii moich „idoli”, bo chcę, żeby tymi „idolami” pozostali. A biografie pozostałej reszty ludzkości mnie zwyczajnie nie interesują;) W „Autorze widmo” natomiast zaciekawił mnie ów proceder pisania AUTObiografii na zlecenie. Taki fajny absurd.
@Lelevina – szczerze mówiąc, jeżeli już o „Autorze…” mowa, w tym filmie bardzo dobrze ten, jak go nazwałaś proceder, przedstawiono.Do dziś nie potrafię zrozumieć, jak można sprzedawać wszystkie prawa do bądź co bądź swoich tworów.
za duże pieniądze ludzie potrafią sprzedać znacznie więcej niż prawa do książki.
Jasne, potrafią sprzedać samych siebie, ale nie w tym rzecz. Miałem na myśli to, że w ten sposób autor pozbywa się w ł a s n e g o tekstu na rzecz kogoś z kasą i JAK DLA MNIE jest to niezrozumiałe. Tzn. może i zrozumiałe, ale… ale sam nie wiem.
Jak ktoś umie zarabiać na życie tylko i wyłącznie poprzez pisanie, to nie pozostaje mu nic innego, jak godzić się na sprzedaż własnego tekstu. Albo klepać biedę dla samej idei. Osobiście jestem w stanie zrozumieć pisanie biografii na zlecenie.