Muzo: „Blue Monday” atakuje!
18 stycznia 2011, kategoria: Felietoniści, Mistrz, Mistrz i Grafomanka, liczba wyświetleń: 596Subject: Fwd: Muzo: „Blue Monday” atakuje!
Date: Mon, 17 Jan 2010 20:20:42 +0200
From: Mistrz <miszcz@allarte.pl>
To: Grafomanka <muza_graf@allarte.pl>
W glorii chwały swojej nieomylności amerykańscy naukowcy ogłosili, że dzisiejszy dzień (17 stycznia 2011 roku) jest najgorszym dniem w roku. To oczywiście nic osobistego – po prostu statystycznie rzecz ujmując, przedostatni poniedziałek stycznia jest najsmutniejszym dniem wśród pozostałych 365 dni. Amerykańska nauka nazwała ten dzień „Blue Monday”. Poniedziałek ten charakteryzuje się ludzką depresyjnością, nadwrażliwością na zło tego świata i w ogóle krzywa samobójstw skacze ponoć o kilka punktów w górę. I tak co roku. Na tę okazję proponuję „Rhapsody In Blue” Gershwina. Tak dla równowagi, żeby pokazać światu, że północnoamerykański kontynent dał mu jednak coś wartościowego. Jeśli nawet zupełnie niepraktycznego, to przynajmniej pięknego.
Jeśli się nad tym głębiej zastanowić, to nie czuję się dzisiaj jakoś szczególnie depresyjnie. Pomimo wszystkich okoliczności zachowuję pogodę ducha. Urok „niebieskiego poniedziałku” nie zawładnął moją duszą i nastrojem. Albo może, na przekór patologicznej dysfunkcji rzeczywistości, która objawia się na polu jej absolutnego braku możliwości bycia choć odrobinę barwniejszą, śmieję się. Śmieję się, bo wiem, że rzeczywistość jest w materii pesymizmu raczej słabo uposażona. Co innego sztuka. W dziedzinie pesymizmu, świat przedsięwzięć artystycznych jest po stokroć barwniejszy.
Chciałbym cię dzisiaj Muzo zaprosić w świat artystycznego samogwałtu emocjonalnego. W przestrzeń niczym nieskrępowanego depresyjnego onanizmu. Na początek oddaję głos najpiękniejszej ze sztuk – muzyce. W rankingu najbardziej pesymistycznej piosenki wszech czasów (według mojego osobistego uznania) bezdyskusyjnie wygrywa Gary Jules i jego „Mad World” z pamiętnym wersem „The dreams in which I’m dying/ Are the best I’ve ever had”:
Jeżeli natomiast rozmawiamy o literaturze, to naprawdę trudno wyłonić zwycięzcę. Czytałem wiele książek, w których temat absolutnej egzystencjalnej rezygnacji jest tematem przewodnim. Tak to już jest – nie mam pojęcia dlaczego, ale tego typu czytelnicze samobiczowanie się jest popularną praktyką. Na smutne treści jest popyt i nie ma tutaj najmniejszych wątpliwości. Chyba podobnie jest z popytem na horrory, bo chociaż za nic na świecie nie chcielibyśmy się znaleźć w skórze bohatera tych książek, namiętnie podglądamy jego łzy. Smutku lub fizycznego bólu. W zależności od gatunku powieści.
Jeślibyś jednak Muzo nalegała, naciskała na mnie intensywnie i bez skrupułów, obstawiłbym, że w tych zawodach zwycięży Céline. I nie mam na myśli Céline Dion i jej żałośliwego zawodzenia pt. „My heart will go on” – bo nie o smutku melodramatycznym mówimy, ale o najgłębszych pokładach ludzkiego zwątpienia, do których, bez przemysłowych ilości antydepresantów, litu i prozacu, zapuszczać się nie podobna. Moim zwycięzcą jest Louis-Ferdinand Céline autor „Podróży do kresu nocy”. Żeby nie być gołosłownym, cytat:
„Co do reszty, daremnie człowiek wytęża siły, potyka się, ześlizguje, spada z powrotem w alkohol, który konserwuje żywych i martwych, nie dochodzi do niczego. To jest dowiedzione. I od tylu wieków można widzieć, jak zwierzęta naszego gatunku rodzą się, trudzą i zdychają na naszych oczach i nie przytrafia się im nigdy nic nadzwyczajnego, tylko bez przerwy biorą się za dźwiganie tego samego bezsensownego brzemienia, z miejsca, gdzie je tyle innych zwierząt porzuciło. A przecież powinniśmy rozumieć, co się dzieje. Nieprzerwane fale niepotrzebnych istot ciągną z głębi wieków, żeby wciąż umierać na naszych oczach, a tymczasem człowiek czeka tu, spodziewa się czegoś… Niezdatny nawet do wyobrażenia sobie śmierci”.
A jeżeli to za mało, to jeszcze:
„Jeszcze gorsze jest to, że człowiek pyta siebie, skąd nazajutrz weźmie dość sił, żeby robić dalej to, co wczoraj i już tak od dawna, gdzie znajdzie siłę do tych głupich zabiegów, do tych tysięcznych projektów nie prowadzących do niczego, tych prób wyjścia z przygniatającej konieczności, usiłowań, które zawsze zawodzą, a wszystkie wiodą do tego, by się przekonać raz jeszcze, że losu przezwyciężyć nie można, że trzeba upaść z powrotem pod mur, co wieczór, pod grozą tego jutra, zawsze coraz niepewniejszego, coraz wstrętniejszego”.
No i na koniec oczywiście obraz. Niech będzie „The Blind Man’s Meal”, Pabla Picassa z 1903, a więc obraz należący do „błękitnego okresu” w twórczości malarza.
I tylko pytanie mi się nasuwa do Ciebie Muzo: dlaczego niebieski jest kolorem smutku? Przecież to jest kolor pogodnego nieba…
Zawsze oddany, kończący swój list nieostatni
Miszcz
P.S. I koniecznie uczyń zadość prośbie naszej wspólnej znajomej, Zołzy z pegeeru i wyślij esemesa wspomagającego ją w walce o tytuł blogerki 2010 roku: treść: G00436 na numer 7122. Cena: coś tam z Vatem.
Foto: http://www.metmuseum.org/toah/works-of-art/50.188
Komentarzy: 7 do wpisu Muzo: „Blue Monday” atakuje!
Zostaw komentarz
Kategorie
- Felietoniści (53)
- Aleksandra Stolarczyk (1)
- Aneta Bilska (12)
- Beata Wincza (6)
- Dominik Łaciak (1)
- Ewelina Morawska (3)
- Marek Piechocki (3)
- Małgorzata Południak (13)
- Miłosz Bagiński (2)
- Monika Stocka (1)
- Paweł Brzeżek (2)
- Piotr Mosoń (1)
- Łukasz Gamrot (1)
- Łukasz Kołodziej (4)
- Mistrz i Grafomanka (17)
- Grafomanka (9)
- Mistrz (8)
Kalendarz
Najczęściej czytane
- Artysta czy rzemieślnik - wyświetleń: 2 200
- Amatorki dobrej kawy w poszukiwaniu ulgi* - wyświetleń: 1 410
- Grzech zaniechania i kultura masowa - wyświetleń: 1 265
- Fwd: Mistrzuniu! Drogi! - wyświetleń: 1 250
- O krytyce, krytykach i krytykanctwie… - wyświetleń: 1 206

Nivejko Ty dla mnie jesteś wzorem optymizmu

———–
Blue po angielsku znaczy nie tylko niebieski, ale też właśnie smutny. Wiem, że wiesz, ale lubię się wymądrzać
————
Ten ‘Mad World’ to fajny kawałek i do tego teledysk fajny. Ale i tak najlepszych utworem z tej kategorii jest ’9 Crimes’ Damiena Rice. A już w ogóle to najlepsze są podkłady z anime.
Np te http://www.youtube.com/watch?v=vY4gjubrfTo&feature=related
http://www.youtube.com/watch?v=pr4yG2Rmg8E
——————
Dobry felieton, jak zawsze. Mogłabyś w końcu zaskoczyć nas i napisać coś tylko przeciętnego
chociaż już po dniu deprechy, wstrzeliłaś mi się idealnie w nastrój, po przeczytaniu i Gershwinie od razu mi lepiej:)
to Miszczu jest kobietą? Nie twierdzę, że jestem na bieżąco, ale chyba mnie coś ominęło…
W imieniu Mistrza dziękuję za komplementy. Autorem tego tekstu jest Mistrz. Ja mu tylko nieudolnie odpowiem. Ale nie od razu. Niech sobie poczeka… z tydzień. Albo nawet z 8 dni! A co;)
Aaaa, ja już nic nie rozumiem ;p dlaczego ja jestem taki tępy? ;p
Mogę się wyrazić?:) A dupa! 17 stycznia to był najszczęśliwszy ze wszystkich dni (licznik włączony 1 stycznia … co było się nie liczy).
Wypadam więc poza statystykę:)
Pozdrawiam optymistycznie
Danka
Ps.Niebieski działa na mnie jak każdy inny kolor … byle nie był odblaskowy:)
Zawsze myślałem, że to róż jest smutny… I tak lubię niebieski.