Profesje

14 lutego 2011, kategoria: Felietoniści, Monika Stocka, liczba wyświetleń: 261

Nie wiem od czego zacząć. Początek nie wchodzi w grę, bo jest nudny i strasznie wolno się rozkręca. Może zatem ze środka w głąb kałuży skoczę, ale tak delikatnie, żeby nikogo nie pochlapać i nóg sobie nie obić. Nie mam imienia i nazwiska, choć nie jestem anonimowa. Jestem asystentką. To jest tak wymowna plakietka, jednobarwnych wręcz przedmiotów, że nie widzę sensu różnicowania ich poprzez nadawanie im nazw. Z resztą po pierwsze, kto by je spamiętał, po drugie, czy ktoś na polu rozróżnia koniczynki?


Jako asystentka w bardzo poważnej korporacji, asystując bardzo poważnym ludziom i w pierwszeństwie arcypoważnemu dyrektorowi, dla równowagi jestem mniej poważna. Może nawet nie tyle dla równowagi, ale z obawy, że ten balon nadmuchany powagą do granic możliwości, może pęknąć w każdej chwili. Dbam więc, żeby codziennie po trochu spuszczać z niego powietrze.

Zajęcie jak każde inne, średnio płatne i ośmiogodzinne. No i rutynowe. A jak rutynowe, to już dalej wiadomo, czynności wykonywane z mechaniczną precyzją niemal, omijają mózg, pozostawiając go nietkniętym, nieskazitelnie dziewiczym i nie eksplorowanym. Stąd można by wysnuć fantazję o dzikich krajobrazach, powrocie do natury, zahaczając delikatnie o mit bon sauvage, tym samym nadając skojarzeniom elokwentny, literacki rys.

Ale zostawmy bezludne dzikie wyspy, wróćmy do mechaniki krajobrazów, misternie konstruowanych powagą i dmuchanych pustym powietrzem, zanieczyszczonym słowami, o znaczeniach dawno zapomnianych lub wręcz wyślizganych. Dla tych, co się pogubili, podsumowuję. Asystentki mają nowy, nieużywany mózg. Wszystkie. Tak teraz patrzę w górę strony. Tyle słów żeby opowiedzieć o jednym fakcie. Ale nie wymagajcie ode mnie zbyt wiele. Przecież jestem asystentką.

Wykonywane przeze mnie czynności są mechaniczne. Polecenia się powtarzają i zbiór najczęściej wypowiadanych mam pod ręką, kolejny dowód na to, że omijam mózg. Jedną z wyćwiczonych w pracy czynności jest organizacja czasu. Skoro przekazywane mi bodźce omijają mój mózg, w ramach oszczędności kółek zębatych i docierają bezpośrednio do odpowiednich organów, należy pójść dalej i zorganizować sobie przestrzeń i życie. Organizuję więc. Mechanicznie.

Mój rozkład dnia wygląda codziennie niemal identycznie. Żebym czegoś nie pominęła. Sprawdza się. Kiedy już dojdę na przystanek, wsiadam do pojazdu komunikacji miejskiej, którego cyfra czasem jest proporcjonalna do ilości minut w nim spędzonych, siadam i czytam. Książki wybieram wg ściśle określonego klucza, prostego bardzo, gdyż zbyt skomplikowane mechanizmy mogłyby zaburzyć moje prawidłowe funkcjonowanie. Klucz ten brzmi – wedle upodobań. Nawet maszyny preferują pewien, określony rodzaj oleju i nie tłumaczą się z tego.

Ostatnimi czasy wożę ze sobą Prousta. Marcel lubi ze mną rozmawiać w swoim ojczystym języku, a ja lubię go słuchać. Zapominam wtedy o całej mechanice świata. Ponieważ zgodnie z teorią oszczędności czasu, czytam wszędzie, gdzie się da, doszedłszy do biurka, odkładam książkę zaraz obok komputera, aby w chwilach przerw na smarowanie, cichutko do niej westchnąć.

Sekretariaty są jak, dział reklamacji w biurze obsługi klienta, w chwili wielkiej awarii. Przeciążone, zakrzyczane, duszne, zagubione. Jako jedyna istota żywa w sekretariacie, nie licząc kwiatków, zostaję domniemanym adresatem wszystkich obelg. Mechanicznie je odrzucam jako spam. Muszę dbać o swoje samopoczucie jak również o funkcjonalność maszyny, która często jest nadużywana i zaniedbywana.

Pozwalam ważnym panom się wykrzyczeć, jako kobieta, nawet bezmózga, rozumiem jakie to niezbędne w życiu każdego, bezradnego i niedowartościowanego człowieka. Moja maszyna ma też tryb: psycholog i czasem automatycznie się załącza. Nie ingeruje, żeby nie zepsuć.

W jeden z takich dni, kiedy awarie były w zaawansowanym stadium procesu rozpatrzenia naprawy, jeden z ważnych panów, potknąwszy się o moje biurko, został zmuszony do otwarcia oczu (kiedy się nie widzi, do kogo się krzyczy, można krzyczeć głośniej więcej i bardziej obraźliwie). Na stole leżał Proust. Oddychał spokojnie i milczał zupełnie nie wzburzony tym całym huraganem. Nagle, choć zupełnie nie wiem, jak to się stało, ważny pan dostał od Marcela między oczy. Nie zarejestrowałam tego faktu, ale to się musiało stać, bo oczy ważnego pana, nagle zrobiły się ogromne, jakby swoją wielkością chciały udowodnić swoją ważność. Pan przetarł swój narząd wzrokowy i zacięta maszyna zaczęła z siebie wyrzucać pojedyncze sylaby, który mój system naprawczy zdefiniował jako zdanie:

- To Ty czytasz Prousta????????

- Nie, strony liczę! – niestety maszyna nie mogła wygenerować tej odpowiedzi. Ze wzburzenia, nie mechanicznie zupełnie, wsadziłam palec przyzwoitości między kółka.

Foto: fragment plakatu do filmu „Korporacja” reż. Jennifer Abbott, Mark Achbar, 2003 r.

14 lutego 2011 Felietoniści, Monika Stocka

Komentarzy: 2 do wpisu Profesje

  1. Jednym słowem?
    REWLKA! Może to nazbyt często przeze mnie używane w komentowaniu słowo. Ale za to ile w nim treści! Wszystko się w nim mieści – pochwała zawartości felietonu, styl pisania, umiejętność budowania nastroju z naciskiem na puentę. A Tutaj ileż jeszcze pozytywnych przymiotów, z których poczucie humoru wyróżniam
    stawiając szóstkę z plusem! Sam, w życiu byłem „asystentem” przez wiele, wiele lat (szofer waznych panów) i doświadczyłem tego samego co Pani, pani Moniko…To „ty czytasz Miłosza, piszesz wiersze…” Nooo, zgroza – szofer z wydanymi tomikami…
    Pozdrawiam z ukłonami!

  2. Marek dnia 23 lutego 2011
  3. Qrcze! Napisałem komentarz ze dwa dni wstecz. I nie ma! Szkoda, bo się nawymądrzałem. Dodatnio o felietonie.

  4. Marek dnia 24 lutego 2011

Zostaw komentarz



Kalendarz

Luty 2011
P W Ś C P S N
« sty   mar »
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28  

Najczęściej czytane