Fwd: Chu*u wy******laj!
8 marca 2011, kategoria: Mistrz, Mistrz i Grafomanka, liczba wyświetleń: 343Subject: Fwd: Chu*u wy******laj!
Date: Thu, 08 Mar 2011 20:20:42 +0200
From: Mistrz <miszcz@allarte.pl>
To: Grafomanka <muza_graf@allarte.pl>

O „kurwie”, wydawać by się mogło, powiedziano już wszystko. Od czasu słynnego wywiadu prof. Miodka na temat jej występowania w naturze (a przynajmniej w naturze Polaków), stała się niemal narodową świętością, sacrum, relikwią obnoszoną na ustach po całym świecie. I jak wiadomo: wara od świętości! „Świętości nie szargać, bo trza, żeby święte był” (Wyspiański „Wesele”). Mamy więc w polszczyźnie słownikową świętą krowę, która ma rację bytu i jest wyemancypowana.
Dalej idąc tym tropem: wydawać by się mogło również, że Polacy dumni są ze swojego bogatego słownika wulgaryzmów, przekleństw wszelkiej maści i desygnatów. I że za „kurwą”, w swojej drodze do wyzwolenia, pójdą pozostałe „kwiatki z polskiej rabatki”. Ale jak ostatnio obserwujemy: nie! Jeśli się bowiem komuś wydaje, że bezkarnie „chu*a” przemyci, lub „wypierd*li” obiekt niepożądany poza obszar swojego postrzegania zmysłowego, myli się bardzo. O ile bowiem niezliczone rzesze Polaków przyjmowało swoją męczeńską śmierć z kurwą na ustach, o tyle „c*uja” i „pie*dolenia” podstawy martyrologiczne nie zostały uznane za wystarczające. Innymi słowy tradycja ich nie uświęca.
Tyle z teoretycznych dywagacji. Jeśli chodzi o praktyczną dyskryminację tych słów w przestrzeni publicznej, mieliśmy ostatnio w mediach zatrzęsienie przykładów. No dobrze – może nie zatrzęsienie, ale dwa przykłady skandalu słownikowego. Mam oczywiście na myśli billboardy z hasłem: „Zimo wypierdalaj” oraz słynny już dzisiaj, szczęśliwie ocalony przed eksterminacją całego nakładu komiks „Chopin. New Romantic„. Czy ze względu na równoczesne pojawienie się tych afer nie wygląda to tak, jakby były one jakąś formą medialnej nagonki na niepożądane wyrazy, polowaniem na leksykalne czarownice, czy wręcz – kampanią nienawiści w stosunku do słów uznanych za „niegodne”?
Muzo Moja Najlotniejsza – dyskutowaliśmy już o kategoriach szoku, o artystach gotowych zrobić wszystko, żeby tylko zniesmaczyć, przerazić lub zbulwersować swoją publiczność. Doszliśmy do wniosku, że jest to bardzo trudne w sytuacji, kiedy publiczność jest zblazowana i widziała już wszystko. No bo niby co mogłoby jeszcze zdziwić społeczeństwo, które ma już za sobą eksperymenty z libertynizmem, rewolucje przemysłową, dwie wojny światowe, rewolucję seksualno-obyczajową i co najmniej dwa wieki rozwoju literatury i sztuki, skierowanego głównie w kierunku przekraczania granic? Najwyraźniej nic. Poza prasłowiańskimi słowami: „chuj” (związanym etymologicznie z choinką i chojrakiem, a więc elementami rzeczywistości, które „stoją prosto”) i „pierdolić” – tutaj niespodzianka – stare znaczenie to mówić, pleść, bajać. Jak podaje Wikisłownik o tym ostatnim: „przed XIX w. słowo przyzwoite, używane na salonach np. Józef Wybicki w liście z 1783 r. używa „co ona pierdoli?” w znaczeniu „cóż za niestworzone rzeczy ona wygaduje”. Te słowa pozostają poza wszelkimi granicami akceptowalności. Są ostatnim bastionem społecznego tabu. Są imieniem tego, którego imienia nigdy nie wypowiadamy!
Co jest więc takiego w przekleństwach, że – choć wszyscy ich używamy – wciąż budzą takie emocje i obronną reakcję „kulturalnego społeczeństwa”? Czy należą do kategorii „dirty pleasures” , jak disco-polo, telenowele i wąchanie flamastrów? Czy przypadkiem nie padamy ofiarą kolejnego importowanego z Zachodu towaru, zwanego „poprawnością polityczną”? Albo inaczej – czy społeczeństwo nie jest cynicznie nastawione do sztuki? Taki schemat: niech sobie sztuka siedzi w galeriach, muzeach, niech tam sobie prezentuje swoje dyrdymały. Tam jest bezpieczna, poskromiona – bo i tak nikt jej tam nie zobaczy (kto jeszcze chodzi do galerii sztuki, czy muzeum?!). Ale nie daj Panie Boże w Trójcy Jedyny i Najświętsza Panienko! żeby się na ulicy albo w szkole dzieciom pokazywała. Kurwa jedna!
Nie wiem co o tym wszystkim myśleć. Ale wiem jedno: z systemem nie wygrasz. I tutaj dowodem jest to, że od początku tego listu, który piszę do Ciebie Muzo Moja Złotoskrzydła, MS (prawie jak MO albo inny TW) „Word” podkreśla mi wszystkie chuje i pierdolenia. I grzmi: „wyraz uważany jest powszechnie za wulgarny”! No mówię – z systemem nie wygrasz!
Kończę pierdolić.
Twój Miszcz
Foto: kontrowersyjny fragment komiksu: „Chopin. New Romantic„.
Komentarzy: 4 do wpisu Fwd: Chu*u wy******laj!
Zostaw komentarz
Kategorie
- Felietoniści (53)
- Aleksandra Stolarczyk (1)
- Aneta Bilska (12)
- Beata Wincza (6)
- Dominik Łaciak (1)
- Ewelina Morawska (3)
- Marek Piechocki (3)
- Małgorzata Południak (13)
- Miłosz Bagiński (2)
- Monika Stocka (1)
- Paweł Brzeżek (2)
- Piotr Mosoń (1)
- Łukasz Gamrot (1)
- Łukasz Kołodziej (4)
- Mistrz i Grafomanka (17)
- Grafomanka (9)
- Mistrz (8)
Kalendarz
Najczęściej czytane
- Artysta czy rzemieślnik - wyświetleń: 2 200
- Amatorki dobrej kawy w poszukiwaniu ulgi* - wyświetleń: 1 410
- Grzech zaniechania i kultura masowa - wyświetleń: 1 265
- Fwd: Mistrzuniu! Drogi! - wyświetleń: 1 250
- O krytyce, krytykach i krytykanctwie… - wyświetleń: 1 206
No i amen.
I bardzo dobrze, że niektóre słowa są nadal nieakceptowane na salonach, a to dlatego, ze przynajmniej jest się przeciwko czemu buntować, a przecież o to między innymi chodzi w szeroko rozumianej sztuce, czyż nie? Dzięki słowom, które zostały tu wymienione w pełnej krasie swojego znaczenia i brzmienia, nadal można potrząsnąć opinią publiczną, widzami, czytelnikami etc. A tak – istnieją granice, które kuszą, by je przekroczyć; czy może byc coś piękniejszego?;) Felieton świetny! Pozdrawiam.
Proponuję przesiąść się na Open Office “Writer”. Ludzkość w swoim rozwoju cywilizacyjnym, a tym samym w kulturze i szeroko rozumianej sztuce, zawsze kładła i kładzie nacisk także na kulturę słowa. Kulturę słowa rozumianą jako niedopuszczanie do zubożenia języka, które zubaża także i nas samych. A więc pytanie – czy wulgaryzmy są niepotrzebnym śmieciem, zubożającym właśnie, hamującym twórcze i efektywne myślenie, czy też może abstrakcyjnymi pojęciami, bardzo uniwersalnymi, za pomocą których można wiele w prosty sposób wyrazić? Podejrzewam, że i jednym, i drugim. Zależnie od okoliczności. Jednak z subiektywnym odbiorem może być bardzo różnie. Tak, jak z powyższym tekstem – dla jednego po chuju, dla drugiego zwykłe pierdolenie.
Jak się zaprzemy i będziemy szerzyć owo pierdolenie (co uważam miejscami wychodzi nam całkiem zgrabnie) to może w końca za jakieś 200 lat znowu się przyjmie na starych zasadach
W każdym razie to był fajny pomysł, przynajmniej choć raz nie w stylu wczesny okres powojenny.
Co to komiksu, to odniosłam wrażenie, że (jak zwykle) najwięcej mieli do powiedzenia ci którzy go na oczy nie widzieli, ale u nas słuszne oburzenie w obronie jedynych wartości (umęczenia, narzekania, poświęcenia i ogólnego marudomęczeństwa) to jakieś przekleństwo. Sam komiks uważam za dość nierówny, ale są fajne grafiki. Z teksem ogólnie jednak gorzej i nie e dwa „momenty” mam na myśli. Tekst brzmi sztucznie, a komiks powinien brzmieć jak mowa codzienna, płynąc gładko jak dobry dialog filmowy na ten przykład. Może się autorzy wzorowali na naszych sztandarowych telenowelach?