Poranna refleksja

14 lutego 2012, kategoria: Paweł Brzeżek, liczba wyświetleń: 1 226

Obudziłem się dzisiaj rano z narastającym bólem gdzieś we wnętrzu swojego jestestwa, bólem który wyraźnie sugeruje, że wczoraj znów oddawałem się kompulsywnemu uderzaniu głową w cyferblat własnego życia, próbując wyrwać każdą jedną chwilę z tego, co wydawało się być dobrą zabawą, a było zwykłym formatowaniem partycji świadomości. I tyle z tego dobrego, że wspomnień niewiele zostało z poprzedniego wieczora  – jedynie fizjologiczne objawy przedobrzenia, które w gruncie rzeczy są lepsze od codziennych intelektualnych objawów przedawkowania rzeczywistości. I tak właśnie powitałem nowy, zupełnie nowy i niezużyty dzień poranną refleksją, podobnie bezproduktywną jak towarzysząca jej poranna erekcja, dzień, którego jedynym plusem jest perspektywa porannej kawy, o tyle niewinnej i nieszkodliwej dla zbolałego ustroju, że i tak niedługo po wypiciu, odbędzie drogę powrotną – do Krainy Wiecznych Łowów (chociaż stylistyczno-retoryczne pobudki nazywania w ten sposób mojej muszli klozetowej są dla mnie w tym momencie niezupełnie jasne).

O tym jak drastyczny jest mój stan świadczy niezbicie fakt, że nie odpalam od razu swojego laptopa – i to nie wcale ze względu na nieznośny szum i warkot zapchanego kurzem i resztkami jedzenia mechanizmu, ale ze względu na warkot i jazgot internetowego szaleństwa. Umowy handlowe dotyczące zwalczania obrotu towarami podrabianymi, niemowlaki rozbijające głowy o progi, a także szyici zbrojący się nuklearnie przeciwko Wielkiemu Szatanowi – czasami chciałbym wierzyć, że to co dzieje się w necie, pozostaje w necie, i że jest to jedynie wirtualna rzeczywistość składająca się z niezrozumiałego dla mnie binarnego kodu.

To nie to, że jestem jakoś bardzo wrażliwy na podłość i zło świata tego. Bo raczej nie – moja konsytuacja psychiczna nie przewiduje większego zaangażowania w sprawy doczesne. Szczerze, to już postulat: chcesz zmienić świat, zacznij od siebie, pozostaje dla mnie martwym sloganem, nawet rzucić palenia nie umiem skutecznie. Nie mam też nic przeciwko kłusownikom zabijającym na lodowych pustkowiach małe foczki, rozumiem, że to jest kwestia przetrwania całych uzależnionych ekonomicznie od tego procederu społeczności, a już na pewno bym się dla tej sprawy nie rozbierał (a warunki bezspornie mam) jak słynna Dżoana. Chociaż – dla samej Dżoany to już zupełnie inna sprawa… Niby głupiutka i tandeciara, no ale fakt, że każdy zdrowy heteroseksualny mężczyzna szarpałby ją jak Reksio szynkę, gdyby tylko miał taką okazję.

Odbiegam od tematu – wszystko przez nieuchronnie zbliżający się kryzys paliwowy. I tutaj też nie mam na myśli kurczących się zasobów paliw kopalnych, ani groźby zablokowania przez Iran Zatoki Ormuz, nie – zupełnie nie… po prostu poziom cukru we krwi spadł mi poniżej wartości kursu rubla białoruskiego, co grozi śmiercią, jeśli zamówiona pizza w ciągu kilku minut nie dotrze do mojego żołądka.

Do czego zmierzam? Do tego, że walczyć nie warto. Stop dla ACTA? Rozbroić Iran? Dofinansować Grecję? Zabronić kręcenia kolejnych beznadziejnych polskich komedii?

Po jakiego chuja? Pytam się bez cienia zacietrzewienia i emfazy! Świat i tak pójdzie swoją drogą. Będzie się pierdolił jak stara bezzębna kurwa opętana szaleństwem zbliżającego się końca. Ale i ten koniec przecież nie nadejdzie. Bo wbrew przepowiedniom proroków, małych i dużych, świat nie zmierza ku końcowi. Bo może i stara bezzębna kurwa zdechnie w końcu w jakimś rynsztoku, ale kurewstwo, które w sobie nosi jest wieczne, i choćby po jej trupie maszerować będą kolejne szeregi, kolejne pokolenia i generacje, jeszcze pięknych, jeszcze młodych, wyperfumowanych i ekskluzywnych kurewek, które robią dobrze komu trzeba i tak się ten świat toczy, bez żalu, bez sentymentu za poległymi na polu cywilizacyjnej chwały.

Kiedy oglądam przypadkiem jakiś serwis informacyjny, kiedy skusi mnie newsroom w Onecie, mam wrażenie, że poprzedniego dnia wszyscy na świecie mocno zaimprezowali i jak ja dzisiaj obudzili się z absolutną poranną amnezją. To święte oburzenie, zgorszenie, groza malująca się na twarzach tych anonimowych, upominających się o godność ludzką, wolność, najświętsze wartości, tych którzy patrzą i nie wierzą. Jakby zło po raz pierwszy pojawiło się w jebanej Dolinie Muminków. Jakby ludzkość nie miała na sumieniu rzymskich aren i katakumb, krucjat, palenia czarownic, Holocaustu, czy ludobójstwa w Rwandzie…  Jakby ci ludzie nie żyli w świecie, na którym średnio co 3,6 sekundy ktoś umiera z głodu, co jest faktem równie absurdalnym jak śmierć Hanki Mostowiak w kartonach, w kontekście tego ile na tym samym świecie marnuje się jedzenia… Słów szkoda…

Heh – a z tego wszystkiego dopiero groźba odcięcia od darmowych plików w sieci wypchnęła tych ludzi na ulicę…

14 lutego 2012 Paweł Brzeżek

Komentarzy: 3 do wpisu Poranna refleksja

  1. Dobre, mocne, bliskie mi. Małe zaangażowanie w realia, za to krytyka i autokrytyka szaleje. Ale też tak mam – odwieczne poczucie absurdu i dysproporcji.

  2. Iwona dnia 15 lutego 2012
  3. [...] opublikowano: Allarte.pl Share this:TwitterFacebookDodaj do ulubionych:LubięBe the first to like this. Posted in: [...]

  4. Poranna refleksja | Teorie Strun dnia 3 września 2012
  5. kac – twórca podniosły. Fajnie piszesz, konkretnie.

  6. Agata dnia 31 stycznia 2016

Zostaw komentarz